Czarno. Ciemność. Ułamek sekundy. Przebudzenie. Biały sufit, mieniący się porannym słońcem wydobywającym się spomiędzy drewnianych żaluzji. Nie mogła się doczekać kiedy wróci z pracy a ona wieczorem czekałaby na niego z kolacją albo z wygrzanym łóżkiem. Nie wierzyła, że przyjdzie jej czekać już do końca życia. Swojego. Bo jego się skończyło. Trzy lata. Przez trzy lata budziła się z każdego koszmaru szukając ręką jego ciała za sobą. Brak jej jego dotyku, ust, spojrzenia i oddechu, który tak ją uspokajał gdy go tylko słyszała. Trzy lata w lokalu nazwanym jej imieniem, będącym wspomnieniem o nim, trzy lata po wydaniu książki z jego imieniem nie pozostało jej nic prócz wspomnień zawarych w jego listach, w jej książce i ich lokalu. Materia. Nie chce się uwalniać od niego. Dlatego otacza się materią. Jego. Jej. Ich. Wspomnienia są gorsze od słów, przeczytała w ulubionej książce. Jej jednak dają siłę. Siłę, która pomaga walczyć z budzeniem się w środku każdej nocy, z łzami pełnych zatrzymanych klatek z tamtych lat, z brakiem. Jego. Kocha te wspomnienia. W dłoniach zimna w dotyku pościel. W oczach setki wspomnień szalejących na suficie pełnym mieniących się odcieni słońca. W sercu ból.