9 listopada 2010

Z archwium dworca

Nie widzieliśmy się przez kilka dni. Służbowo-hobbystyczny wyjazd. Dopiero wtedy poznałem prawdziwy smak tęsknoty. Anyż. Nienawidzę anyżu. Nigdy za nikim nie tęskniłem. Zawsze sam. Samotny i samodzielny. Samowystarczalny. Człowiek nie wie, czym jest pragnienie, dopóki się nie napije. Telefon codziennie. W trakcie dnia, w przerwach między sesjami. Co wieczór w pociągu do kolejnego miasta. Dwudziesty pierwszy wiek. Kontakt dwadzieścia cztery na dobę. W każdym miejscu o każdej porze. I tak sześć dni. Kiedyś takie wyjazdy traktowałem jako kolejną wielką przygodę. Moją i mojej lustrzanki. Tym razem wyjeżdżałem wyjątkowo niechętnie. Brakowało mi mojego miasta i… kobiety. Mojej kobiety? Czy należymy do siebie? Czy jesteśmy razem w obiegowym znaczeniu tego słowa? Lubię nazywać rzeczy po imieniu, ale uwielbiam też nie do końca wypowiedziane zdania. Żegnała mnie na tym samym dworcu, na którym tydzień później oczekiwała mnie z książką na kolanach. Uwielbiam dworce. Niezależnie od budowy, wyglądu i natężenia smrodu. To jedyne miejsca na świecie, pamiętające tyle rozstań i powrotów. Tyle łez szczęścia i rozpaczy każdej nocy i każdego dnia rozbryzguje się na kamiennych płytach peronów. Uwiesiła mi się na szyi i spytała o wyjazd. Jak wyjazd? Nie wiem. Za to powrót cudowny. Kolejny uśmiech w archiwum dworca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz