10 listopada 2010

Proste marzenia

Pierwszy raz od tych kilku miesięcy mieliśmy spędzić wieczór u mnie. Moje mieszkanie to zaadaptowana część loftu na Starym Mieście. Największym plusem było wysokie położenie, ponad wszystkimi otaczającymi mnie budynkami, przez co mogłem pozwolić sobie na luksus posiadania okien od podłogi aż po sufit, na całej szerokości ściany. Piąte piętro. Widok na rzekę. Marzenie każdego marzyciela. Nie miałem praktycznie żadnych pomieszczeń zamkniętych, poza łazienką rzecz jasna. Dwa poziomy. W głównym holu, na środku sofa, obok narożnik w tym samym popielatym kolorze i mały stolik na kawę. Zaraz z prawej strony aneks kuchenny. Całkiem sporych rozmiarów. Uwielbiam kuchnie. To jedno z tych miejsc, w których najlepiej przemija życie. Małe drewniane drzwi, za którymi moja własna malutka spiżarnia. Od zawsze marzyłem o posiadaniu dwóch rzeczy w mieszkaniu. Spiżarni i antresoli. Wchodząc do środka, po prawej stronie schody prowadzące do sypialni, która znajdowała się właśnie na antresoli. Duże łóżko na środku, pomiędzy barierką, z widokiem na główny hol i oknem po drugiej stronie pomieszczenia. Masywne biurko w kącie, lampka, laptop. Na ścianie regały z książkami. Po drugiej stronie drzwi do łazienki. Po ich dwóch stronach szafy, które sądząc po wyglądzie nie wiedzą jeszcze, że wiek XIX jest już historią. Wracając na dół, po lewej od wejścia całkiem spora przestrzeń, której używam do zdjęć, rozstawiając mobilne studio fotograficzne. Kiedyś myślałem o zakupie stołu bilardowego, ale tak często mnie nie ma w mieszkaniu, więc stwierdziłem, że byłaby to niezbyt opłacalna transakcja. Na ścianach wielkie obrazy w Warhol’owskim stylu przedstawiające kolejno Miles’a Davis’a, Toma Waits’a i Ette James. Łazienka za drzwiami. Za kolejnymi krył się magazyn. Taki mały na wszelkie rzeczy, drobiazgi, któe straciły swą użyteczność, ale chroni je siła sentymentu. Wszystkie ściany zostawiłem tak jak były. Cegła. Oczyszczona, rzecz jasna. To pierwsze, na co zwróciła uwagę. Zaraz po tym podeszła do gramofonu w starym stylu, stojącego pod oknem na drewnianej, jasnej etażerce pełnej winyli i włączyła Live at the Apollo, James’a Brown’a z 1963 roku. Po czym podeszła i powiedziała tylko, że marzy o tym żeby zrobić mi śniadanie w mieszkaniu rodem z jej snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz