30 listopada 2010

Pearl Harbor

Życie nadal oferowało nam wiele możliwości. Było ekscytujące. Nasze rozmowy. Oboje czuliśmy, że zawsze znajdzie się coś, o czym chcemy sobie donieść. Zarówno wtedy, gdy dzieliły nas służbowe kilometry, ale również, kiedy leżeliśmy obok siebie, siedzieliśmy na sofie z Solo na kolanach, czy będąc w parku, galerii handlowej czy kinie. Zawsze to spadało tak nagle. Znikąd. Strona słuchająca zawsze była zaskoczona. Pearl Harbor ciekawostek. I nieważne czy to było coś istotnego czy też nie. Zawsze mówiliśmy. To mógł być zauważony nowy odcień zieleni, dźwięk, wspomnienie, para nastolatków jedząca deser jagodowy z jednego pucharu, pot na dłoniach czy miłosne westchnienie. Wymienialiśmy swoje spostrzeżenia, ocierając się o siebie jak nowo poznana para kochanków. Ale ten związek był inny, dojrzały, kilkunastomiesięczny, lecz iskry wciąż latały między nami. Te gesty mają na celu uspokojenie człowieka, że obiekt wielkiej miłości jest blisko lub po prostu wiąże się to z radością, z małym poczuciem władzy, że osobę tak bliską możemy dotknąć, kiedy tylko chcemy. Sam do końca tego nie rozgryzłem. Wyjątkowo piękny słoneczny dzień. W sam raz na mrożoną kawę. Nie przeszkadzało nam to, że mamy zimę i choć słońce odbijając się od zalegającego, wszędobylskiego śniegu oślepiało nas w niewyobrażalnie złośliwy sposób to mimo wszystko cały czas panował mróz. Siedzieliśmy naprzeciw siebie popijając truskawkowe frappe wpatrując się w siebie wzrokiem pełnym zachwytu i wdzięczności, jaką odczuwają czternastolatki po wielogodzinnym całowaniu się. Niecałą godzinę temu wstaliśmy z łóżka. Niecałą godzinę temu leżeliśmy jeszcze obok siebie, dotykając się ramionami, między którymi iskry namiętności wraz z naszymi przyspieszonymi oddechami powoli wygasały. Dwadzieścia dwa dni później miałem już nie żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz