Wiatr jakby ucichł. Słońce wyjrzało zza chmur. Promienie odbijały się od falującego morza mieniąc się na wszelkie możliwe sposoby. Szliśmy po pustej plaży. W ręce buty. Pod pachą jej ręka. Przecinaliśmy mroźne powietrze jednostajnym krokiem. Śmiała się. Jak nikt inny. Rozmawialiśmy bez przerwy od dobrych dwóch godzin. Wciąż spacerując. Byliśmy w wyśmienitych nastrojach. Takie rozmowy mogą prowadzić tylko nowi kochankowie - jest to mieszanina odkrycia, rozpoznania i frywolności. Odkrywasz swoje życie przed drugą osobą. Później zamiana miejsc. Nowi kochankowie. Mijają cztery miesiące od pamiętnej nocy, ale wciąż nazywamy samych siebie „nowymi kochankami” - to brzmi tak niewinnie, jakby pozbawione wszelkich trosk. Żyjemy ze sobą. Mieszkamy. Dzielimy łóżko oraz pasje. Wspólnie jeździmy w nieznane. Razem odkrywamy świat i siebie nawzajem. Żadne z nas nie przejmuje się niczym. Kiedy zaczyna się romans, wszyscy jesteśmy pełni optymizmu. Dowiedziałem się, że żyje poniekąd z pisania i ze spadku po rodzicach. O nich nie mówi. A kiedy tylko wspomina łamie jej się głos. Dlatego omijam ten temat. Nie wydała nic głośnego aczkolwiek wielokrotnie brała udział w tłumaczeniach książek, kilkukrotnie jej nazwisko znalazło się na okładkach zbiorów opowiadań dla samotnych kobiet. W międzyczasie pisze – jak to sama nazywa – coś grubszego. Nic nie zdradza, a ja to szanuję. Głos się jej już więcej nie łamał, kiedy przez kolejną godzinę przemierzaliśmy plażę. Został tylko jej śmiech i buty w ręku.
8 listopada 2010
Buty w ręku
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz