Życie nadal oferowało nam wiele możliwości. Było ekscytujące. Nasze rozmowy. Oboje czuliśmy, że zawsze znajdzie się coś, o czym chcemy sobie donieść. Zarówno wtedy, gdy dzieliły nas służbowe kilometry, ale również, kiedy leżeliśmy obok siebie, siedzieliśmy na sofie z Solo na kolanach, czy będąc w parku, galerii handlowej czy kinie. Zawsze to spadało tak nagle. Znikąd. Strona słuchająca zawsze była zaskoczona. Pearl Harbor ciekawostek. I nieważne czy to było coś istotnego czy też nie. Zawsze mówiliśmy. To mógł być zauważony nowy odcień zieleni, dźwięk, wspomnienie, para nastolatków jedząca deser jagodowy z jednego pucharu, pot na dłoniach czy miłosne westchnienie. Wymienialiśmy swoje spostrzeżenia, ocierając się o siebie jak nowo poznana para kochanków. Ale ten związek był inny, dojrzały, kilkunastomiesięczny, lecz iskry wciąż latały między nami. Te gesty mają na celu uspokojenie człowieka, że obiekt wielkiej miłości jest blisko lub po prostu wiąże się to z radością, z małym poczuciem władzy, że osobę tak bliską możemy dotknąć, kiedy tylko chcemy. Sam do końca tego nie rozgryzłem. Wyjątkowo piękny słoneczny dzień. W sam raz na mrożoną kawę. Nie przeszkadzało nam to, że mamy zimę i choć słońce odbijając się od zalegającego, wszędobylskiego śniegu oślepiało nas w niewyobrażalnie złośliwy sposób to mimo wszystko cały czas panował mróz. Siedzieliśmy naprzeciw siebie popijając truskawkowe frappe wpatrując się w siebie wzrokiem pełnym zachwytu i wdzięczności, jaką odczuwają czternastolatki po wielogodzinnym całowaniu się. Niecałą godzinę temu wstaliśmy z łóżka. Niecałą godzinę temu leżeliśmy jeszcze obok siebie, dotykając się ramionami, między którymi iskry namiętności wraz z naszymi przyspieszonymi oddechami powoli wygasały. Dwadzieścia dwa dni później miałem już nie żyć.
30 listopada 2010
19 listopada 2010
Memoir
Zmierzaliśmy w stronę mieszkania. Mimo iż zima łypała na nas zza każdego budynku stwierdziliśmy, że nic nam tak dobrze nie zrobi po obiedzie jak spacer drogą wspomnień. Za każdym razem wybieramy inne trasy w miejsca, w które zdarza nam się często uczęszczać. Do domu, do restauracji, do pracy, do parku. Za każdym razem obieramy inną trasę, mówiąc, co nam się kojarzy z daną lokacją z dalekiej przeszłości. Dziś moja kolei. Starałem się ominąć ścisłe centrum, abyśmy mogli w spokoju rozmawiać, wspominać. Przeszliśmy koło nowoczesnego budynku. Sklep muzyczny. Wielki salon dla miłośników wszelakich instrumentów. Największy w mieście. Dawniej było to pierwsze kino. Pamiętam niebywale wygodne krzesełka obite w czerwoną kratę, między którymi lśniły czarne podłokietniki. Bez otworów na napoje. Pierwszy film w moim życiu, obejrzany właśnie w tym kinie. Film animowany. To był czas, kiedy kina były pełne samotnych ludzi. Dalej mieszkanie dziewczyny, dla której w wieku kilkunastu lat byłem w stanie góry przenosić, dziewczyny, która kilka przecznic dalej, w malowniczej herbaciarni w wyjątkowy chłodny sposób oznajmiła mi, że to koniec. Uwielbiałem ją. Uwielbiałem też herbaciarnie. Ale ta była wyjątkowo pechowa dla nastoletniego mnie. Nigdy więcej tam nie zajrzałem, jakbym obawiał się kolejnych rozczarowań. Kolejne lokale. Najlepsza kawa w mieście. Najlepsze ciasto czekoladowe. Najlepsze pierogi. Pierwszy koktajl w barze mlecznym. Jagodowy. Pierwsza butelka taniej nalewki w ciemnym zaułku. Szkoła podstawowa. Godziny spędzone na uganianiu się za piłką. Liceum. Godziny spędzone na uganianiu się za kobietami. Skrzyżowanie, na którym potrącił mnie samochód. Pierwszy raz. Na szczęście jedyny dotychczas. Ja mówiłem, ona trzymając mnie pod rękę, chichotała, zadając co rusz kolejne pytania. Szliśmy tak długo, aż przed nami nie pojawiła się kamienica. Nasza. Mieliśmy tylko siebie i mnóstwo czasu.
14 listopada 2010
W weekendowym gronie
Obiad z przyjaciółmi. Dla przyjaciół właściwie, bo u mnie. Jak co weekend. Kiedyś obiecałem sobie, będąc nikim więcej niż młodym marzycielem, że w przyszłości będę miał pełną kuchnie i pełną głowę i co weekend schodzić się będą do mnie najbliżsi przyjaciele. Miło spędzić czas i przy okazji zjeść coś innego niż serwują nam restauracje, fast foody i inne lokale w mieście. Znakomicie odnalazła się w tym gronie. Z ogromną ciekawością, zmieszaną z małą dozą lęku i niepewności oczekiwałem jej pierwszej konfrontacji z moimi przyjaciółmi kilka miesięcy temu. Jak się okazało nie miałem się czego obawiać. Zdała. Przyjęta do zakonu. Co weekend zaskakuje nas czymś nowym, tak jakby przygotowywała się do każdego popołudnia przez kilkanaście godzin, formułując zagadnienia, ubierając w słowa historie z dalszej czy bliższej przeszłości. Pełna optymizmu, którego jak sama wspomina tak jej brakowało, a którym ją zaraziłem, doświadczona przez życie, dodatkowo świetnie spełniała się w roli pomocy w kuchni. Potrafiła obłędnie gotować, aczkolwiek w te cotygodniowe spotkania musiała zadowolić się jedynie statusem pomocy kuchennej. Ja rządzę w kuchni. Przynajmniej tak mi się wydaje. Przynajmniej w weekendy. Dzięki tym z pozoru nic nieznaczącym spotkaniom, nie brakuje mi takich prawdziwych rozmów, nie taniej paplaniny o wszystkim i o niczym, tylko rozmów o życiu, o ludziach, planach, marzeniach, ideach, nie brakuje też sporów, konstruktywnych argumentów, inteligentnych konkluzji i trafnych spostrzeżeń. Zastanawiam się wielokrotnie jak te obiady będą wyglądać za lat kilkanaście, kilkadziesiąt. Czy wciąż będziemy przesiadywać w moim mieszkaniu? Czy grono się powiększy? A może kogoś zabraknie? Czy będziemy czerpać z tych kilku godzin tyle samo radości co dziś? Myślę, że nawet więcej. Będzie więcej do wspominania. Ktoś kiedyś powiedział, że jedzenie to seks dla starszych ludzi. Cholernie prawdziwe stwierdzenie. Życiowe doświadczenia każdego z nas zapewnią nam dodatkowe godziny rozważań. I jedzenie będzie lepsze.
10 listopada 2010
Proste marzenia
Pierwszy raz od tych kilku miesięcy mieliśmy spędzić wieczór u mnie. Moje mieszkanie to zaadaptowana część loftu na Starym Mieście. Największym plusem było wysokie położenie, ponad wszystkimi otaczającymi mnie budynkami, przez co mogłem pozwolić sobie na luksus posiadania okien od podłogi aż po sufit, na całej szerokości ściany. Piąte piętro. Widok na rzekę. Marzenie każdego marzyciela. Nie miałem praktycznie żadnych pomieszczeń zamkniętych, poza łazienką rzecz jasna. Dwa poziomy. W głównym holu, na środku sofa, obok narożnik w tym samym popielatym kolorze i mały stolik na kawę. Zaraz z prawej strony aneks kuchenny. Całkiem sporych rozmiarów. Uwielbiam kuchnie. To jedno z tych miejsc, w których najlepiej przemija życie. Małe drewniane drzwi, za którymi moja własna malutka spiżarnia. Od zawsze marzyłem o posiadaniu dwóch rzeczy w mieszkaniu. Spiżarni i antresoli. Wchodząc do środka, po prawej stronie schody prowadzące do sypialni, która znajdowała się właśnie na antresoli. Duże łóżko na środku, pomiędzy barierką, z widokiem na główny hol i oknem po drugiej stronie pomieszczenia. Masywne biurko w kącie, lampka, laptop. Na ścianie regały z książkami. Po drugiej stronie drzwi do łazienki. Po ich dwóch stronach szafy, które sądząc po wyglądzie nie wiedzą jeszcze, że wiek XIX jest już historią. Wracając na dół, po lewej od wejścia całkiem spora przestrzeń, której używam do zdjęć, rozstawiając mobilne studio fotograficzne. Kiedyś myślałem o zakupie stołu bilardowego, ale tak często mnie nie ma w mieszkaniu, więc stwierdziłem, że byłaby to niezbyt opłacalna transakcja. Na ścianach wielkie obrazy w Warhol’owskim stylu przedstawiające kolejno Miles’a Davis’a, Toma Waits’a i Ette James. Łazienka za drzwiami. Za kolejnymi krył się magazyn. Taki mały na wszelkie rzeczy, drobiazgi, któe straciły swą użyteczność, ale chroni je siła sentymentu. Wszystkie ściany zostawiłem tak jak były. Cegła. Oczyszczona, rzecz jasna. To pierwsze, na co zwróciła uwagę. Zaraz po tym podeszła do gramofonu w starym stylu, stojącego pod oknem na drewnianej, jasnej etażerce pełnej winyli i włączyła Live at the Apollo, James’a Brown’a z 1963 roku. Po czym podeszła i powiedziała tylko, że marzy o tym żeby zrobić mi śniadanie w mieszkaniu rodem z jej snów.
9 listopada 2010
Z archwium dworca
Nie widzieliśmy się przez kilka dni. Służbowo-hobbystyczny wyjazd. Dopiero wtedy poznałem prawdziwy smak tęsknoty. Anyż. Nienawidzę anyżu. Nigdy za nikim nie tęskniłem. Zawsze sam. Samotny i samodzielny. Samowystarczalny. Człowiek nie wie, czym jest pragnienie, dopóki się nie napije. Telefon codziennie. W trakcie dnia, w przerwach między sesjami. Co wieczór w pociągu do kolejnego miasta. Dwudziesty pierwszy wiek. Kontakt dwadzieścia cztery na dobę. W każdym miejscu o każdej porze. I tak sześć dni. Kiedyś takie wyjazdy traktowałem jako kolejną wielką przygodę. Moją i mojej lustrzanki. Tym razem wyjeżdżałem wyjątkowo niechętnie. Brakowało mi mojego miasta i… kobiety. Mojej kobiety? Czy należymy do siebie? Czy jesteśmy razem w obiegowym znaczeniu tego słowa? Lubię nazywać rzeczy po imieniu, ale uwielbiam też nie do końca wypowiedziane zdania. Żegnała mnie na tym samym dworcu, na którym tydzień później oczekiwała mnie z książką na kolanach. Uwielbiam dworce. Niezależnie od budowy, wyglądu i natężenia smrodu. To jedyne miejsca na świecie, pamiętające tyle rozstań i powrotów. Tyle łez szczęścia i rozpaczy każdej nocy i każdego dnia rozbryzguje się na kamiennych płytach peronów. Uwiesiła mi się na szyi i spytała o wyjazd. Jak wyjazd? Nie wiem. Za to powrót cudowny. Kolejny uśmiech w archiwum dworca.
8 listopada 2010
Buty w ręku
Wiatr jakby ucichł. Słońce wyjrzało zza chmur. Promienie odbijały się od falującego morza mieniąc się na wszelkie możliwe sposoby. Szliśmy po pustej plaży. W ręce buty. Pod pachą jej ręka. Przecinaliśmy mroźne powietrze jednostajnym krokiem. Śmiała się. Jak nikt inny. Rozmawialiśmy bez przerwy od dobrych dwóch godzin. Wciąż spacerując. Byliśmy w wyśmienitych nastrojach. Takie rozmowy mogą prowadzić tylko nowi kochankowie - jest to mieszanina odkrycia, rozpoznania i frywolności. Odkrywasz swoje życie przed drugą osobą. Później zamiana miejsc. Nowi kochankowie. Mijają cztery miesiące od pamiętnej nocy, ale wciąż nazywamy samych siebie „nowymi kochankami” - to brzmi tak niewinnie, jakby pozbawione wszelkich trosk. Żyjemy ze sobą. Mieszkamy. Dzielimy łóżko oraz pasje. Wspólnie jeździmy w nieznane. Razem odkrywamy świat i siebie nawzajem. Żadne z nas nie przejmuje się niczym. Kiedy zaczyna się romans, wszyscy jesteśmy pełni optymizmu. Dowiedziałem się, że żyje poniekąd z pisania i ze spadku po rodzicach. O nich nie mówi. A kiedy tylko wspomina łamie jej się głos. Dlatego omijam ten temat. Nie wydała nic głośnego aczkolwiek wielokrotnie brała udział w tłumaczeniach książek, kilkukrotnie jej nazwisko znalazło się na okładkach zbiorów opowiadań dla samotnych kobiet. W międzyczasie pisze – jak to sama nazywa – coś grubszego. Nic nie zdradza, a ja to szanuję. Głos się jej już więcej nie łamał, kiedy przez kolejną godzinę przemierzaliśmy plażę. Został tylko jej śmiech i buty w ręku.
7 listopada 2010
Kolejny cytat
Przez te kilka dni odkryłem więcej pasji u jednej osoby, niż u reszty znanych mi ludzi w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Ba! Lat. Pisała. W kuchni w rogu stała stara maszyna do pisania. Pracuje nad jakąś książką. Nic nie zdradza. Nawet tytułu. Wszystko ma poukładane. Na biurku i w życiu. Lecz przyznaje się do codziennie popełnianych błędów. Czyta. Niebywale dużo. W jej wypowiedziach często można odnaleźć wiele cytatów pisarzy, ale też znanych osobistości, postaci historycznych. I chociaż sprząta codziennie to jej mieszkanie nie jest pedantycznie czyste. Jest wręcz idealne. Nie mam pojęcia jak ona to robi. Życie z drugim człowiekiem polega na tym, że zaczyna się lubić jego dziwactwa. Niezbyt chętnie wraca do przeszłości, co mnie akurat cieszy. Uważa, że niewiele rzeczy tak bardzo oszukuje jak wspomnienia. Nie wiem czy to jej słowa czy kolejny cytat. Nic by nie zepsuło tej magii jak fakt, że kolekcjonuje stare dzienniki i zdjęcia szkolne. Mam wrażenie, że ludzie, którzy to robią szukają w przeszłości lepszego życia. Odpowiedzi czy czegoś tam nie zostawili. W tych lepszych czasach. Nie pojawiamy się razem w miejscach publicznych. Czuję się jak w wyimaginowanym świecie. Zastanawiam się czy to czasem nie fikcja, ale zaraz staram się odgonić te myśli. Mam ogromną chęć przejść się z nią do sklepu. Tak po prostu. Nie kręcić się po centrach handlowych. Do sklepu. Marketu. Kupić mleko, krakersy i wędliny. Przez chwilę poczuć się jak często spotykane tam pary robiące razem zakupy. Jak mąż z żoną. Nikt o nas nie wie. Jakby nic nie istniało. Póki nie ma publiczności, nic nie jest prawdziwe. Kolejny cytat.
6 listopada 2010
Blues
Wiesz jak przekonać się czy kobieta jest piękna? Jeśli cudownie wygląda rano, bez makijażu, w kapciach, w Twojej koszuli, wciąż zaspana, leniwie krzątająca się po kuchni to znaczy, że jest wyjątkowo piękna. I we wszystkim będzie jej pięknie, ale nic nie dorówna temu wyglądowi z samego rana. Absolutnie nic. Nie wysilaj się nawet. Słysząc krzątaninę w kuchni, skorzystałem z okazji i mogłem spokojnie przyglądać się mieszkaniu, w którym spędziłem ostatnią noc. Pomieszczenie wielkości standardowego salonu. Pełno książek. Regały po sam sufit zapełnione książkami. Czyste grzbiety, jakby dopiero co czyszczone. Biografie. Wiersze. Powieści. Wielka różnorodność. Od Kafki przez Cobena, aż po Carrolla. Plus dla Niej. W kącie biurko. Stos papierów, kubeczek na długopisy, ołówki, pióra. Przez okno wpadające słońce rozświetla pomieszczenie, nadając mu jeszcze więcej pozytywów. Przytulnie, nawet bardzo. Natłok książek, płyt, winyli. Jazz, blues, soul. Kolejny plus. Gramofon pod oknem marki Unitra. Klasyk. Na ścianie kilka obrazów i zdjęć. Hnatenko, Joseph Ford, Heine. Drzwi naprzeciw łóżka. Machoń. Wyjście na korytarzyk. Z lewej strony kuchnia. Ona. Wałki na głowie, moja koszula. Nagie nogi, od których włos się jeży na głowie. Bose stopy. Odwraca się i znowu ten uśmiech. Podeszła spokojnie, po drodze przeciągając się leniwie. Musiała wstać kilka chwil przede mną. Zapach kawy, to jest to, co mnie zbudziło. Dym papierosa zostawionego w kuchni tlił się leniwie. Jakby zauważając mój szpiegowski wzrok omiatający jej mieszkanko spytała o wnioski. Wnioski? Uwielbia tonąć w otchłani swoich książek, czytając co kilka dni coś nowego, włączając w tle gramofon, popijając kawę z kotem siedzącym na kolanach. Ma wiele pasji, którymi niezbyt chętnie się dzieli. Jest bardzo samotna, nie jedno przeżyła. Takie są moje wnioski. Gadżety na regałach sugerują uwielbienie do podróżowania. Figurki, maski, marionetki, kieliszki z każdego zakamarka świata. Chociaż sama przyznaje, że po alkohol sięga nieczęsto i jest to tylko rum albo szkocka. Do książki. Taki jest właśnie blues. Są osoby, o których się pamięta i są też takie, o których się śni. Ona należy to obu tych grup. Jako nieliczna.
5 listopada 2010
Cisza
Tylko przekręciła klucz w zamku, tylko szarpnęła drzwi i już byliśmy w drodze do sypialni. Nawet najbardziej pewny siebie facet nie przewiduje od razu znaleźć się w sypialni swojej kochanki. Godzina jedenasta. Zgaszone światła. Nie miałem nawet okazji przyjrzeć się jej mieszkaniu, oczy nie zdążyły się przyzwyczaić do panujących ciemności, a ja już siedziałem na łóżku. Dopiero dziś przekonałem się, co oznacza kompletna cisza. Mimo tego, iż słyszalne były nasze szybkie oddechy to wiedziałem, że to jest cisza. Prawdziwa. Jedyna. Stanęła przede mną. W niewyobrażalnie seksowny sposób zrzuciła buty. Potem powoli zaczęła rozpinać guziki koszuli, aż doszła do końca. Jeden po drugim. Z jednej strony nic nie równa się z tym jak po raz pierwszy rozbierasz kobietę. Bo facet nie wie, co to życie, dopóki po raz pierwszy nie rozbierze kobiety. Guzik po guziku. Z drugiej jednak strony, uwielbiam patrzeć, jak kobieta się rozbiera. Wszystko jedno, czy potem idę z nią do łóżka, czy nie - zawsze jest w tym coś wspaniale podniecającego. Ostatni guzik. Wzruszyła ramionami jakby od niechcenia i nie było koszuli. Biustonosza również. Piersi takie, że można było oszaleć. Kolejny przystanek. Klamra. Srebrna. Matowa. Raz. Dwa. Trzy. Dźwięk rozpinanego zamka. Czarne majtki. A potem nic. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że przez ten cały czas siedziałem nieruchomo. Zauważyła moje drgnięcie, kiedy próbowałem zabrać się za swoją koszulę. Delikatnie się uśmiechnęła, kręcąc głową. Zaczęła mnie rozbierać, bardzo powoli, przerywając często by spojrzeć na mnie z tym samym, seksownym uśmiechem. Sam nie wiem, co oznaczał. Czułem jej zapach. Pachniała domem i cudownie parzoną kawą. Czułem jej oddech. Miała smukłe i kształtne ramiona. Gdy moja koszula wylądowała na podłodze, przebiegła mi palcami po klatce piersiowej. Dreszcz. Nawet nie będę próbować opisywać tej nocy. Seks nie nadaję się do ubierania w słowa.
4 listopada 2010
Zielone oczy
Kolacja. Klimatyczna knajpka, gdzieś na Starym Mieście w jednej z malowniczych kamienic. Szmer rozmów, zgrzyt sztućców, odgłos stukających kieliszków, co jakiś czas niewinny śmiech kilka stolików obok. Zza lady baru dochodzi nieco stłumiony głos Miles’a Davis'a. Biała koszula, wąskie jeansy wspaniale podkreślające długość i smukłość jej nóg, bladobłękitne trampki. Piękno tkwi w prostocie. Zawsze to powtarzam. Tak naprawdę rozmowa o niczym. Tak naprawdę mało wypowiedzianych słów i wymienionych spojrzeń znad karty dań. Żadnych pytań o zainteresowania, życiowy cel. Czysta kokieteria. Kelner. Zamówienie. Możemy poddać się rozmowie. Nikt nam nie będzie przeszkadzał. Czy nie jest tak, że najwspanialszy jest posiłek w restauracji z nową kobietą? Składasz zamówienie, następnie zaczynasz tę pierwszą rozmowę. Dotąd tylko sobie gawędziliście, nawet przed kolacją. Kilka wymienionych poglądów. Kilka krótkich nic nieznaczących rozmów. Jest w tym tyle klasy i magii jednocześnie, siedzieć z tą nową istotą w twoim życiu w jakiejś miłej restauracji. Sztuka tortur, podobnie jak sztuka uwodzenia, polega na indywidualnym traktowaniu każdej ofiary. Nie wiem czy była piękna. Zielone, lśniące oczy, wysoka, długie nogi, kasztanowe rozpuszczone włosy, jasna cera, usta… cudowne, ale czy była piękna. Nie wiem. Na pewno była to kobieta z tych, na które patrząc, uświadamiasz sobie w ułamku sekundy, że chciałbyś z nią spędzić resztę życia.